Totolotek Bukmacher

Raport meczowy: Lechia Gdańsk - Górnik Zabrze | Kolejka 10 | 1959 I Liga
1959 I Liga1959 I Liga

Lechia Gdańsk vs Górnik Zabrze
1 0

Więcej info

Data meczu: niedziela, 07 czerwiec 1959
Godz. meczu: 13:00 h
Sędzia: Grzegorz Prącik
 
Widzów : 25.000

Skład wyjściowy

Bramkarz
Obrońca
Pomocnik
Napastnik

Pierwszy trener

Zmiany

    Oś czasu

    Min. zmiany 46 ::<img src='/images/com_joomleague/database/events//in.png' />Kazimierz Frąckiewicz <br> <img src='/images/com_joomleague/database/events//out.png' />Henryk WieczorkowskiGOL Min. 86 ::<img src='/images/com_joomleague/database/persons/frackiewicz_kazimierz.jpg' height='40' width='40' /><br />Kazimierz Frąckiewicz

    Wydarzenia


     Podsumowanie

    Skład (Górnik):

    Joachim Szołtysek - Antoni Franosz, Henryk Hajduk, Henryk Czech, Ginter Gawlik, Jan Pieczka, Ernest Pol, Edward Jankowski, Manfred Fojcik, Edmund Kowal, Roman Lentner, Trener: Janos Steiner

    Prasa [1]:

    Zabrzanie przespali tytuł przodownika nad Bałtykiem

    Górnik przyjechał na Wybrzeże bez kontuzjowanych Floreńskiego, Kaczmarczyka i Kowalskiego. Stwarzało to pewne dodatkowe atuty dal lechistów, tym niemniej ze zwycięstwem Lechii liczono się tylko w tym wypadku, gdy napastnicy gdańscy zmuszą Szołtyska przynajmniej dwa razy do kapitulacji. Rozumowano bowiem, że "bombowy" atak zabrzan zdoła choć raz ulokować piłkę w siatce gospodarzy.

    Rzeczywistość okazała się bardziej pomyślna dla gdańszczan. Już od pierwszego gwizdka sędziego zarysowała się zdecydowana przewaga Lechii. Jej atak, mądrze kierowany przez rutynowanego Rogocza i cofniętego nieco Musiała, z łatwością ogrywał mało zwrotnych obrońców Górnika, przeprowadzając większość akcji lewą stroną boiska. Pierwsza bramka mogła już paść w 7 min. gdy Gawlik zapędził się za daleko za własnym atakiem i w środku poiska powstała niebezpieczna luka.

    Wykorzystał to szybki jak burza Nowicki i po solowy rajdzie znalazł się oko w oko z Szołtyskiem. Ale to goalkeeper zabrzan zabłysnął sporą klasą, wybijając ostro strzeloną piłkę w pole.

    W 3 min. później grający bardzo nerwowo defensorzy Górnika omal nie zdobyli samobójczej bramki. Teraz gra się trochę wyrównała, ale nadal ofensywnym poczynaniom gości brak było dynamiki. Ostatnie 15 min. pierwszej połowy upłynęło pod znakiem ponownej przewagi Lechii. Bramka jednak nie padła. Przeszkodził temu Szołtysek oraz… poprzeczka, w którą dwukrotnie trafił Musiał i Wieczorkowski.

    Wszyscy oczekiwali, że po przerwie zabrscy bombardierzy wreszcie się przebudzą i naszpikowany sławnymi nazwiskami atak zmusi gdańską defensywę do maksymalnego wysiłku. Ale i tu spotkał nas zawód. Pohl, Kowol i koledzy nadal usiłowali rozgrywać piłki na stojąco, dreptali w miejscu zdobywając pięcioma lub sześcioma podaniami zaledwie kilka metrów terenu. Odpowiadało to bardzo pomocnikom Lechii, którzy zawsze zdążyli skutecznie interweniować i przekazać piłkę do własnego napadu.

    W 77 min. strzał Nowickiego odbił się od poprzeczki, a w 9min. później padła jedyna bramka w tym meczu. Frąckiewicz, który tym razem zadziwił wszystkich ruchliwością, kopnął potężnie z 30 metrów i piłka wylądowała w siatce mimo efektownej interwencji zasłoniętego nieco Szołtyska.

    Zwycięstwo Lechii jest całkowicie zasłużone i powinno wypaść o wiele bardziej okazale. Mówi o tym stosunek rzutów rożnych, który wynosił 13:5 dla gdańszczan.

    Mecz podobał się licznie zgromadzonym, mimo "konkurencyjnych" zawodów konnych, widzom. Jest to przede wszystkim zasługą lechistów, którzy ostatnio z meczu na mecz grają lepiej. Znika gdzieś bezpowrotnie "murarska" taktyka, przestaliśmy już notować wymęczone zwycięstwa, a akcje napadu stają się coraz bardziej płynne i pełne zaskakujących wariantów taktycznych. Czytelników zaskoczą pewnie niskie noty, wystawione napastnikom Zabrza. A jednak nie ma w tym żadnej omyłki. Przecież o wiele wyższe wymagania stawiamy Pohlowi czy Lentnerowi niż np. Musiałowi czy Frąckiewiczowi. A górnicy grali wczoraj naprawdę słabo, jakby odrabiali przysłowiową pańszczyznę. Obrona traciła zupełnie głowę przy szybszych zagraniach lechistów, popełniając mnóstwo karygodnych błędów. W pomocy wprawdzie Pieczka imponował ambicją, lecz Gawlik poruszał się tak powolutku, jakby całą noc jechał z Zabrza, stojąc w solidnie zatłoczony pociągu. O napadzie już pisałem. Tak leniwie i schematycznie grającej ofensywy dawno już w Gdańsku nie oglądano. Zawód spotkał zresztą nie tylko 25-tysięczną widownię, ale i… trenera Koncewicza, który specjalnie przyjechał do Gdańska, by obserwować formę kadrowiczów przed zbliżającymi się meczami z Izraelem i Hiszpanią. [L. Drapiński, Sport Nr 71 z dnia 8 czerwca 1959r.]

    Prasa [2]:

    Lechia zwyciężyła 1:0 grających prawie na stojąco górników z Zabrza.

    W zapowiedziach przedmeczowych wiele mówiło się i pisało o wielkim pojedynku gdańskiej defensywy i zabrskiego ataku, dwu najlepszych formacji w kraju. Wprawdzie Górnik przystąpił do meczu z Lechią bez Kaczmarczyka w bramce (Szołtysek zupełnie poprawnie go zastępował) i bez Floreńskiego i Kowalskiego w obronie, a więc z dość osłabionymi tyłami, to jednak można się było spodziewać od kandydata na mistrza Polski, a specjalnie od ataku noszącego miano najlepszego w kraju, o wiele lepszej gry, aniżeli ta, którą pokazał Górnik na stadionie we Wrzeszczu.

    Spotkanie Lechia – Górnik było pojedynkiem nie gdańskiej defensywy z atakiem Ślązaków, lecz gdańskiego ataku z defensywą Górnika. Jeżeli dodamy do tego, że obrona gości popełniła zbyt wiele błędów, jak na zespół zajmujący do tej pory czołową pozycję i kandydujący do reprezentowania naszego piłkarstwa w Pucharze Europy, to możemy mówić o dużym szczęściu gości, którzy z powodzeniem mogli wywieźć z Gdańska o wiele większy bagaż bramek. Z powyższego wynikałoby może, że zwycięstwo Lechia zawdzięcza słabej grze Górnika.

    Wprawdzie miało to duży wpływ na sytuację na boisku, ale trzeba oddać i honory gospodarzom, którzy w niedzielnym meczu zagrali bardzo dobrze. Odnosi się to specjalnie do pomocy i ataku (do pochwał gdańskiej defensywy wszyscy się już w zasadzie przyzwyczaili). Z wyjątkiem może Wieczorkowskiego, którego z powodzeniem po przerwie zastąpił Frąckiewicz, pozostała czwórka gdańskich napastników dawała momentami koncert gry. Piłka wędrowała od nogi do nogi, a dalekie przerzuty na skrzydła powodowały stałe zamieszanie pod bramka Szołtyska. To że przez osiemdziesiąt kilka minut piłka nie znalazła drogi do bramki Górnika, goście zawdzięczali w dużej mierze szczęściu oraz dość dobrej grze Szołtyska w bramce. Kilka „bomb” Nowickiego, Lenca (z wolnych) Musiała czy Frąckiewicza minęło o centymetry bramkę, albo trafiło w poprzeczkę.

    Kilka słów należy poświęcić grze pomocy u obu drużyn. Jeśli chodzi o Lechię, to zarówno Kaleta jak i Szyndlar , wspomagając w miarę potrzeby atak lub obronę, z tym że częściej widziało się gdańskich pomocników w przodzie, pod bramką Górnika. Natomiast pomoc Górnika należała do najsłabszych formacji drużyny. Specjalnie dotyczy to: Gawlika, który pozwalał stale się ogrywać przez gdańskich napastników.

    Grę rozpoczęli górnicy, ale pierwsze akcje ich ataku od razu zostały sparaliżowane przez obronę Lechii. W 7 minucie gry stadionem wstrząsnął okrzyk radości. Nowicki po kiksie Gawlika przedarł się i w pełnym biegu, będąc sam na sam z bramkarzem Górnika „rąbnął” na bramkę. Będący jednak na posterunku Szołtysek z trudem wypiąstkował piłkę w pole.

    Najbliższe minuty przyniosły jeszcze kilka podobnych akcji ataku gdańskiego, który raz po raz zbierał oklaski za udane zagrania (warto zaznaczyć, że gdańska publiczność jest bardzo wymagająca nawet wobec swych pupilów i tego rodzaju oklaski musza być naprawdę zasłużone).

    Górnik otrząsnął się jakby z pierwszego oszołomienia dopiero po 15 minutach gry. Okazało się jednakże mimo dość szybkich zagrań ataku śląskiego, nie jest on w stanie sforsować dobrze grającej obrony gdańskiej. Odniosłem wrażenie że napastnicy Górnika zrażeni pierwszymi niepowodzeniami, zaczęli grać mniej ambitnie, jakby nie wierzyli we własne siły. Wśród piątki napastników śląskich, jedynie chyba Fojcik starał się grać na „pełnych obrotach”, aż do ostatniego gwizdka sędziego. Pozostali natomiast jego koledzy, a specjalnie Pohl rozgrywali piłki na stojąco, co przy dobrej grze defensywy Lechii, nie mogło przynieść rezultatu.

    W 31 minucie Musiał trafia w poprzeczkę, w dwie minuty później podobnej sytuacji nie wykorzystuje Wieczorkowski, a w 65 minucie gry Frąckiewicz po ładnej akcji z woleja trafia strzela ostro na bramkę. Szołtysek wybija piłkę z trudem na róg.

    Kiedy wydawało się już, ze wynik nie ulegnie zmianie i kiedy nawet górnicy, jakby pogodzili się bezbramkowym rezultatem, nastąpiło to , na co wielotysięczna widownia oczekiwała od dawna. Frąckiewicz otrzymał piłkę od Kalety tuż za połową boiska, skierował ją naprzód w gąszcz nóg swoich i obcych. Piłkę szczęśliwie dostał Nowicki i oddał ją do tyłu Frąckiewiczowi, który niespodziewanym strzałem pod poprzeczkę zaskoczył z 30 metrów Szołtyska, ustalając wynik meczu.

    Na trybunach radość niebywała. Lechia nie spoczęła jednak na laurach i grając przez ostatnie 4 minuty mądrze taktycznie utrzymała zwycięstwo. [R. Stanowski, Przegląd Sportowy nr 95, 8 czerwca 1959 r.]