13 meczów w Lechii i 7 strzelonych goli - to bilans Łukasza Zwolińskiego od momentu, gdy został piłkarzem Lechii. W piątek natomiast 27-latek weźmie natomiast udział w najważniejszym spotkaniu w swojej karierze.

W piątek biało-zieloni zagrają z Cracovią w finale Pucharu Polski (początek o godz. 20). Jest to rywal, który wybitnie nie leży gdańszczanom. - To jest jeden mecz i nie skreślałbym nas przez pryzmat tego, że ostatnio niezbyt dobrze wiodło nam się przeciwko Cracovii. Mecze ligowe i pucharowe są kompletnie inne. Zrobimy wszystko, żeby znaleźć się w eliminacjach Ligi Europy. Rozumiem kibiców, którzy mają wobec nas duże oczekiwania - mówi Łukasz Zwoliński w rozmowie z Polsatem Sport.

- Nie jest ważne kto w piątek strzeli bramkę. Mogę to być ja, może być Michał Nalepa czy Jarek Kubicki. Nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. To nie jest sport indywidualny. Będę się cieszyć, jeśli jako drużyna odniesiemy sukces. To będzie najważniejszy mecz w mojej dotychczasowej karierze - podkreśla "Zwolak".

Napastnik Lechii oczywiście chciałby zagrać od 1. minuty w meczu finałowym. Szczególnie, że parę dni temu na świat przyszła jego córka, więc przy ewentualnej strzelonej bramce byłaby okazja do zademonstrowania tradycyjnej kołyski. Pozostaje jednak pytanie - czy Zwoliński ma szanse na znalezienie się w wyjściowym składzie? Naszym zdaniem gdańszczanie zagrają z Cracovią taktyką z jednym napastnikiem i będzie nim Flavio Paixao. Nie można jednak zapomnieć, że dotychczas Zwoliński strzelił pięć bramek dla Lechii, gdy wchodził na boisku z ławki.

- Nie chciałbym być dżokerem, ale asem w talii trenera. Robię wszystko, żeby być zawodnikiem wyjściowego składu. Po to wracałem do Polski. Chcę grać, dalej się rozwijać. Chyba żaden zawodnik nie powie, że rola dżokera jest czymś fajnym. Tym niemniej, cieszę się, że wchodząc z ławki mogłem pomóc drużynie - przyznał Zwoliński.

Rzadko, ale jednak zdarzało się, że trener Piotr Stokowiec postawił na rozwiązanie z dwoma napastnikami. Nie zawsze plan wypalał. Gdy Lechia grała tak od pierwszych minut, to nie zawsze funkcjonowało to na dobrym poziomie, jednak gdy Zwoliński wchodził z ławki, mając obok siebie Flavio, ich współpraca wyglądała obiecująco.

- Nie mieliśmy zbyt wielu okazji, żeby zagrać razem, ale m.in. wynikało to z tego, że przyszedłem do Lechii zimą, była przerwa związana z koronawirusem, podczas której nie było możliwości rozgrywania sparingów. Nie jesteśmy z Flavio tym samym typem zawodnika, więc się nie dublujemy. Za każdym razem, gdy byliśmy razem na boisku, dogadywaliśmy się. Widać było tę chemię. Pokazaliśmy zalążek fajnej współpracy i wcale nie jest powiedziane, że musi grać tyko jeden napastnik - podsumował Zwoliński.

źródło: Polsat Sport / własne