Piłkarze Lechii zakończyli sezon 2019/20 na czwartym miejscu w PKO Ekstraklasie oraz z przegraną w finale Totolotek Pucharu Polski. Poniżej przedstawiamy trzy najważniejsze sytuacje z piątkowego meczu, które miały olbrzymi wpływ na to, że biało-zielonym nie udało się pokonać Cracovii. 

Na początek parę zdań wstępu. Lechia grała fantastycznie w pierwszej połowie. Nic, absolutnie nic nie wskazywało na to, że ten mecz może w jakimkolwiek momencie wymknąć się spod kontroli. Dobra organizacja gry w obronie, formacje blisko siebie, odpowiedni pressing, agresywny (czasami może za bardzo) doskok do przeciwnika. Jedyne, do czego można było się przyczepić, to skuteczność. Do przerwy gdańszczanie prowadzili tylko 1:0. Tymczasem mogli, a nawet powinni strzelić przynajmniej jednego gola więcej. Tak się nie stało i spotkanie cały czas było otwarte.

Kibice Lechii czekali na drugą połowę pełni optymizmu, ale z minuty na minutę entuzjazm spadał. Biało-zieloni zbyt głęboko się cofnęli, zapraszając niejako Cracovię do tańca. A ci z zaproszenia skorzystali i od 46. minuty przypuścili zmasowany atak.

Mówimy jednak o trzech kluczowych dla tego spotkania momentach. A więc proszę:

Kontuzja Rafała Pietrzaka

Niefortunna sytuacja, zderzenie w polu karnym. Uraz był jednak na tyle poważny, że Pietrzak musiał opuścić boisko. Na ławce nie było drugiego nominalnego lewego obrońcy, więc zmienił go Conrado. Brazylijczyk powędrował na skrzydło, a miejsce Pietrzaka zajął Żarko Udovicić. To mocno rozregulowało defensywę biało-zielonych, która z minuty na minutę popełniała coraz więcej prostych, niczym niewymuszonych błędów. Tak naprawdę każde dośrodkowanie w pole karne Lechii powodowało zagrożenie. Nie mamy nic do Udovicicia, ale spotkanie w Lublinie dobitnie pokazało, że to nie jest lewy obrońca. O ile w pierwszej połowie Serb był jednym z najlepszych zawodników na boisku, o tyle po przesunięciu na lewą obronę miał spore problemy. Gubił krycie, był spóźniony, łatwo dawał się ogrywać. Linia defensywna Lechii straciła mocno na jakości.

Czerwona kartka Mario Malocy

Gra w osłabieniu nie jest niczym przyjemnym. Zwłaszcza jeśli trzeba grać dziesięciu na jedenastu przez 40 minut. Trudno jest nam wytłumaczyć zachowanie Mario. Przegrał walkę przy linii bocznej, a potem kompletnie odcięło mu prąd. Naprawdę atak korkami w okolice klatki piersiowej rywala był jedynym rozwiązaniem, które przyszło mu do głowy w tamtym momencie? Po co? W jakim celu? Co nim kierowało? Tego nie wiemy. Trener Piotr Stokowiec nie chciał krytykować swojego obrońcy. - Piłka nożna jest grą błędów - mówił po spotkaniu. "Generał" zawiódł w najważniejszym meczu sezonu. Owszem, akcja Cracovii zapowiadała się groźnie, natomiast nie trzeba było faulować, a na pewno nie w taki sposób. Wystarczyło złapać rywala za koszulkę, delikatnie spowodować jego upadek, ale na pewno nie kopać go. Czerwona kartka miała ogromny wpływ na grę Lechii, szczególnie w dogrywce. Wtedy mieliśmy już do czynienia z klasyczną "obroną Częstochowy". Defensywne zmiany, wybijanie piłki byle dalej od własnej bramki, gra na czas przy każdej możliwej okazji. Nie dziwimy się, bo chyba każdy trener nakazałby to samo. Biało-zieloni czekali na konkurs rzutów karnych, ale w końcówce dogrywki byli już tak zmęczeni, że w końcu przytrafił się błąd i gol na 3:2 dla Cracovii.

Brak koncentracji po bramce na 2:1

Wróćmy jednak do tego, że do dogrywki wcale nie musiało dojść. Nawet mimo grze w osłabieniu Lechia potrafiła przecież stworzyć sobie kilka świetnych sytuacji. Obie zmarnował Conrado, ale Brazylijczyk i tak dał dobrą zmianę, bo zanotował asystę przy golu Patryka Lipskiego w 85. minucie. No właśnie... grasz w osłabieniu, z każdą minutą tracisz coraz więcej sił. Strzelasz gola na kilka minut przed końcem. Wtedy drużyna powinna być najmocniej skoncentrowana, zrobić wszystko, żeby przeszkadzać rywalowi przy każdej możliwej okazji, wybijać do z rytmu, skupić się wyłącznie na defensywie. Co zrobiła Lechia? Okej, skupiła się na defensywie, natomiast przede wszystkim cofnęła się zbyt głęboko, pozwalając tym samym "Pasom" na rozwinięcie skrzydeł. I stał się najgorszy możliwy scenariusz. Gdańszczanie stracili bramkę po dośrodkowaniu z rzutu rożnego. A przecież dużo łatwiej jest wybronić się w takiej sytuacji niż po akcji z gry. Najbardziej bolało to, że strzelec był kompletnie niepilnowany w polu karnym. Nie można tak bronić, jeśli marzy się o sukcesach. Najważniejszy mecz sezonu, a Lechia popełnia błąd rodem z orlika. Koncentracja i ustawienie we własnym polu karnym zawiodły w kluczowym momencie. Jesteśmy przekonani, że gdyby nie ta sytuacja, Lechia dowiozłaby zwycięstwo.

źródło: własne