- Ta rakieta przeleciała pół metra obok mojego biodra. Byłem w szoku, instynktownie odskoczyłem. To jest dla mnie niedopuszczalne. Pierwszy raz w życiu przytrafiło mi się coś takiego - powiedział Zlatan Alomerović po meczu w Wejherowie.

Tu nie można mówić o zwykłym odpaleniu środków pirotechnicznych. To był zamach na zdrowie zawodnika. Człowiek w kominiarce (uważający się za kibica Gryfa Wejherowo) strzela w kierunku piłkarza z rakietnicy. Mowa o przestępstwie, a nie elemencie kibicowania. Przecież od tragedii dzieliły nas centymetry.

- Widziałem te dwie wcześniejsze rakiety, które poleciały do góry. Tą, która leciała we mnie, zobaczyłem w ostatniej chwili. Ta rakieta przeleciała pół metra obok mojego biodra. Byłem w szoku, instynktownie odskoczyłem. To jest dla mnie niedopuszczalne. Nie ma naszych kibiców, wokół stadionu jest dwadzieścia policyjnych samochodów, a kibice Gryfa odpalają sobie fajerwerki. W dodatku zabezpieczało to trzech ludzi. To śmieszne. Pierwszy raz w życiu przytrafiło mi się coś takiego - powiedział Alomerović.

Zaraz po całym zajściu Zlatan bardzo szybko udał się w kierunku sędziego Wojciecha Krztonia. Nikt nie przebierał w słowach. Było bardzo gorąco. Mało brakowało, a doszło by do rękoczynów, ale na szczęście gdańszczanie utrzymali nerwy na wodzy.

- Rozmawiałem z sędziami i delegatem. Ja nie miałem problemu z tym, żeby dokończyć ten mecz. Dzisiaj czy jutro, nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Chodziło wyłącznie o zdrowie zawodników. Chcieliśmy grać i wygrać, ale musimy mieć zagwarantowane bezpieczeństwo. Pytałem sędziego czy może nam to zagwarantować. Odpowiedział, że nie wie i o wszystkim zdecyduje delegat - przyznał Alomerović.

źródło: własne