Jednobramkowe zwycięstwo. Wymęczone 1:0. Przeciwnik stwarzający zdecydowanie więcej sytuacji. Brzmi znajomo? Niedzielny mecz z Pogonią Szczecin (wygrany właśnie 1:0) pokazał, że Lechia w dalszym ciągu potrafi grać dokładnie tak, jak w ubiegłym sezonie. W skrócie: strzelić gola, mieć kolejne okazje do zabicia spotkania, ale ich nie wykorzystać, by przez kolejne minuty martwić się o końcowy wynik.

Może i Lechia miała plany, żeby w trwającym sezonie grać bardziej ofensywnie, widowiskowo. Tak, żeby zachęcić kibiców do przyjścia na stadion w jeszcze większej liczbie. Natomiast trzeba sobie powiedzieć szczerze - nie za bardzo to wypaliło. Czy gra jest lepsza niż przed rokiem? Raczej nie. Czy zespół strzela więcej goli? Też nie. Oczywiście, zdarzyły się mecze, w których padło sporo bramek (4:4: z Zagłębiem Lubin, 4:3 z Arką Gdynia), jednak mówimy o pojedynczych przypadkach. W pozostałych meczach trudno było zachwycać się wynikami, jak i stylem gry w wykonaniu biało-zielonych. Co gorsze - gdańszczanie dużo gorzej spisywali się w defensywie, o czym świadczy liczba straconych bramek (42 - więcej niż zagrożona spadkiem Korona Kielce; dla porównania, w całym poprzednim sezonie Lechia straciła ich 38).

Jeszcze przed niedzielnym meczem z Pogonią pytaliśmy trenera Piotra Stokowca skąd taki regres. Dał do zrozumienia, że na treningach więcej uwagi przykładano do gry ofensywnej, stąd nieco gorsza postawa w tyłach. - Po ostatnim sezonie przede wszystkim zwróciliśmy uwagę, żeby rozwijać drużynę, żeby przykładać większą wagę do akcji ofensywnych, budowania gry. Nad tym mocno pracowaliśmy. Widzimy jednak, że odbiło się to m.in. na defensywie. Mecze są przez to widowiskowe, pada dużo bramek, natomiast cierpi na tym defensywa - to słowa trenera Stokowca sprzed tygodnia. Nie można każdego błędu tłumaczyć brakiem koncentracji. Niektóre pomyłki były aż trudne do wytłumaczenia. Przedziwne bramki samobójcze, gapiostwo, odstawienie nogi, gdy była szansa na przerwanie akcji przeciwnika. I to nie tak, że zawsze winna jest jedna, konkretna osoba. Raz zawiedzie boczny obrońca, innym razem stoper, jeszcze innym skrzydłowy lub środkowy pomocnik. Najgorzej jednak, gdy w jednym meczu błędy popełni większa grupa piłkarzy (patrz: niedawny mecz z Cracovią). Wówczas trudno jest o korzystny wynik, nawet mimo iż rywal nie był w najwyższej formie.

Klasowe zespoły cechuje to, że nie popełniają prostych błędów. A jeśli już to robią, to dzieje się to tak rzadko, że praktycznie nie ma to wpływu na końcowy wynik. Nie szukajmy daleko. Pamiętacie Lechię z poprzedniego sezonu? Żelazna defensywa, każdy wiedział, co ma robić na boisku. Taktyka, organizacja gry, koncentracja - wszystko na najwyższym poziomie. Wtedy plan był prosty - rzucać się rywalowi do gardła od początku meczu, strzelić jedną lub dwie bramki i pilnować wyniku. Nie zawsze się to udawało, ale podkreślmy, że jednak dość często. Nie zawsze było to przyjemne do oglądania, natomiast Lechia była konsekwentna, wyrachowana. Na początku sezonu jeszcze to irytowało i kibice mieli prawo być poddenerwowani, ale z biegiem czasu wszyscy do tego przywykli i nawet jeśli ekipa Stokowca miała wynik 1:0 na kilkanaście minut przed końcem danego spotkania, to i tak każdy wiedział, że raczej tego nie wypuści. 

W Szczecinie mieliśmy niejako powrót do przeszłości. To była inna drużyna niż z Cracovią, Arką czy Górnikiem Zabrze. Lechia zdecydowanie oddała inicjatywę Pogoni, pozwalała przeciwnikowi na wiele (może nawet zbyt wiele). Ale biało-zieloni ostatecznie gola nie stracili. Uwierzycie? Dopiero po raz drugi w tym roku i czwarty raz w całym sezonie! Aż trudne do uwierzenia. Spora jednak w tym zasługa Dusana Kuciaka i grającą przed nim czwórką obrońców. Wreszcie każdy z nich zagrał na dobrym poziomie i tak naprawdę trudno było doszukać się u nich jakiejś pomyłki. No, może Rafał Pietrzak dwa razy stracił piłkę w pierwszej połowie, co uruchomiło kontrę Pogoni, ale poza tym było nieźle. 

Delikatne pretensje można mieć w zasadzie jedynie do graczy ofensywnych, bo jednak oprócz strzelonej bramki, Lechia miała jeszcze trzy znakomite okazje, żeby wynik podwyższyć:

  • Łukasz Zwoliński w słupek w sytuacji sam na sam;
  • Łukasz Zwoliński nie trafia rzutu karnego;
  • Maciej Gajos nie strzela głową z paru metrów;

Mógł być komfort i spokojna gra w drugiej połowie, a tym samym cały czas trzeba było mieć się na baczności, bo Pogoń była niezwykle groźna (62 proc. posiadania piłki, 27-8 w strzałach na korzyść gospodarzy, 7-1 w rzutach rożnych). Ale cóż, nic nie chciało wpaść i skończyło się na tym, że Lechia wywiozła ze Szczecina komplet punktów.

Co prawda trener Stokowiec miał po meczu dużo uwag do swoich zawodników za postawę w drugiej połowie, bo rzeczywiście momentami brakowało utrzymania się przy piłce, złapania chwili oddechu, wyprowadzenia kontry. W pewnym momencie Lechia ograniczyła się wyłącznie do wybijania futbolówki na oślep, byle dalej od własnej bramki, czego efektem były ciągłe ataki Pogoni. - Druga połowa jest absolutnie do poprawy. Było to dla nas trudne 45 minut przeciwko tak dobrze dysponowanej Pogoni. Jeśli chcemy odegrać jakąś rolę w górnej ósemce, to musimy grać zdecydowanie lepiej - przyznał Stokowiec.

Umówmy się - gdyby to nie była nieskuteczna Pogoń, ale dobrze grające w ostatnim czasie zespoły Lecha Poznań czy Legii Warszawa, to pewnie nie skończyłoby się na 0 z tyłu. Lechia w drugiej połowie co chwilę zapraszała Pogoń do tańca, gospodarze mieli mnóstwo miejsca czy to w środku pola czy na bokach.

Ale nie bez powodu przytaczamy poprzedni sezon. 29 marca 2019 roku, domowy mecz z Piastem Gliwice, wygrany 2:0. Niektórzy mówili, że na farcie, że Piast był lepszy. No, jeśli spojrzymy na statystyki, to trudno nie odnieść takiego wrażenia (posiadanie piłki 64 proc. na korzyść Piasta, w strzałach 20-11). W tamtym sezonie takich spotkań, jak to niedzielne w Szczecinie było więcej. Mimo to biało-zielonym jakimś cudem udawało się wychodzić z nich obronną ręką.

Wiadomo, jedna jaskółka wiosny nie czyni, natomiast pamiętajmy o jednej starej prawdzie: punkty (owszem) dają wyniki, a dobry styl zapewnia większą widownię na meczach. Teraz, na przestrzeni dwóch czy trzech tygodni oczywiście trudno będzie sprawić, że Lechia nagle zacznie lać każdego po 3:0, szczególnie biorąc pod uwagę, że nie będzie już grać z ogórkami, ale z zespołami bijącymi się o mistrzostwo czy o europejskie puchary. Konfrontacja z Piastem (środa, godz. 18) może dać odpowiedź czy brak straconego gola w niedzielę był przypadkiem, czy może faktycznie powoli wraca Lechia z poprzedniego sezonu. Gdyby tak się stało, to wciąż realny jest jeszcze scenariusz, w którym gdańszczanie kończą sezon z awansem do europejskich pucharów. Nadzieje jeszcze nie umarły.

źródło: własne