Piłkarze Lechii przegrali z Lechem Poznań 0:2. Długo utrzymywał się bezbramkowy remis i ogromna w tym zasługa Dusana Kuciaka i Michała Nalepy, którzy prezentowali klasę światową. Niestety w pewnym stopniu ich wysiłek zniweczył Karol Fila, który otrzymał idiotyczną drugą żółtą kartkę na początku drugiej połowy. Oceny w skali 1-10.

Dusan Kuciak (8). Czy był to najlepszy występ bramkarza w PKO Ekstraklasie w tym sezonie? Prawdopodobnie tak. Dusan bronił wszystko. Czy były to uderzenia z dalszej odległości czy z paru metrów - bardzo długo był niepokonany. Tym bardziej jest nam go żal, bo jednak kończy spotkanie z bramką samobójczą. Tylko co mógł więcej zrobić? Rzucił się do piłki, podjął próbę interwencji i tylko pech zdecydował o tym, że futbolówka wpadła do siatki.

Karol Fila (1). Nie poznawaliśmy go na boisku w Poznaniu. Złe decyzje, straty, ogrywany jak dziecko. W dodatku mocno elektryczny. Podsumowaniem jego występu sytuacja z 50. minuty. Lech wychodzi z kontratakiem, masz już żółtą kartkę. Co robisz?

fila

Niestety Karolowi odcięło prąd i zachował się idiotycznie, za co należy się nagana.

W normalnych okolicznościach w Poznaniu zagrałby zapewne Rafał Kobryń, który jednak spisywał się dość dobrze w dwóch wcześniejszych meczach. Dlaczego go zabrakło? Otóż w poprzednim tygodniu uczestniczył w wypadku samochodowym. Na szczęście badania nie wykazały niczego niepokojącego, ale podjęto decyzję, żeby nie zabierać go na wyjazd. 

Michał Nalepa (7). Ktoś liczył ile strzałów zablokował stoper Lechii? Coś nieprawdopodobnego. Niezwykły mecz rozegrał przeciwko Lechowi. Był pewny w tym, co robił, grał z wielkim zaangażowaniem i poświęceniem. Nie można mieć do niego pretensji za końcowy wynik. To m.in. on do spółki z Kuciakiem długo utrzymywali zespół przy życiu.

Mario Maloca (5). Może nie zanotował tylu spektakularnych interwencji, co jego partner ze środka obrony, ale też zagrał na wysokim poziomie. W pamięci utkwiła nam szczególnie sytuacja z pierwszej połowy, gdy ofiarnym wślizgiem zablokował strzał Christiana Gytkjæra.

Filip Mladenović (5). Powinien mieć asystę w doliczonym czasie gry. Wówczas Lechia wyprowadziła jeden z nielicznych tego wieczora kontrataków, jednak cały wysiłek został zniweczony przez Patryka Lipskiego, którego przerosło oddanie celnego strzału z pięciu metrów. Mladenović grał w tym spotkaniu poprawnie.

Jaroslav Mihalik (1). Chwalimy Kuciaka, Nalepę, bo jest za co. Z drugiej strony patrzymy na Mihalika i zastanawiamy się, o co w tym wszystkim chodzi. Słowak zagrał w Poznaniu - nie bójmy się tego słowa - BEZNADZIEJNIE. Wystarczyło parę minut, by zirytować kibiców. Co zrobił Mihalik w jednej z pierwszych akcji? Wiadomo, stracił piłkę. Potem podejmował same złe decyzje. W dodatku jedynie pozorował grę w obronie. Znając trenera Piotra Stokowca, raczej nie puści mu tego płazem.

Kristers Tobers (2). Broniliśmy go mimo krytycznych głosów po meczach ze Śląskiem i Piastem, bo wydawało nam się, że wcale nie prezentował się tak źle. Niestety, w Poznaniu był jednym z najgorszych na boisku. Przyjęcie piłki na kilka metrów, niedokładne podania, ogólna dość chaotyczna postawa na boisku. Nie wyglądało to zbyt korzystnie dla Łotysza.

Tomasz Makowski (3). Nieco lepszy niż Tobers, choć o to nie było trudno. Makowski był praktycznie niewidoczny w tym spotkaniu, nie wyróżnił się niczym szczególnym. Oczywiście, był gościem od tzw. czarnej roboty, nie zawsze rzucał się w oczy, natomiast nie dał od siebie niczego ekstra. W dodatku był drugim najgorzej podającym zawodnikiem w zespole Lechii (zaledwie  68 proc. skuteczności podań). Po czerwonej kartce dla Fili przeszedł na prawą obronę. Co dostrzegliśmy? Że nie umie celne wrzucić piłki z bocznego sektora.

Maciej Gajos (3). Cóż, niestety po raz kolejny zawiódł nasze oczekiwania. To akurat dziwne, bo przecież z Piastem zaprezentował się bardzo optymistycznie. Teraz jednak mieliśmy zmianę o 180 stopni. Wygrał zaledwie cztery z czternastu pojedynków, analitycy naliczyli mu też osiem strat. Od ofensywnego pomocnika wymagamy więcej niż tylko podawanie do najbliższego. Czepialiśmy się go jesienią, że nie bierze na siebie odpowiedzialności za rozgrywanie akcji. Teraz było podobnie. Brakowało jakiegoś podania, które przyspieszyło by akcję.

Conrado (3). Tak jak w poprzednich meczach dawał coś od siebie (asysta we Wrocławiu, wywalczony karny z Piastem), tak teraz wtopił się w tłum i za bardzo nie pohasał w Poznaniu. W pierwszej połowie jeszcze można było go w dwóch sytuacjach pochwalić (może trochę na siłę, ale był jednym z wyróżniających się), natomiast po przerwie jakby zniknął. Zdecydowanie najsłabszy mecz w Lechii.

Flavio Paixao (5). Zostawiamy notę wyjściową, bo nie jesteśmy w stanie go skrytykować. Wiadomo, od napastnika wymaga się bramek, natomiast w takich meczach napastnik ma mocno utrudnione zadanie. Zespół się broni, praktycznie nie atakuje. Ciężko jest coś wskórać. Mimo to Portugalczyk w drugiej połowie miał swoją szansę, gdy mocno huknął z dystansu, zmuszając do wysiłki bramkarza Lecha. Ktoś powie... "ale przecież miał szesnaście strat i często był łapany na spalonym". Okej, faktycznie to mogło irytować, ale Flavio nadrabiał to poświęceniem i grą w obronie. Ileż było sytuacji, gdy na pełnym gazie wracał się w okolice własnego pola karnego po stracie swojej lub któregoś z kolegów.

***

Łukasz Zwoliński (4). Wszedł na boisko, gdy Lechia grała w dziesiątkę. Miał trudne zadanie do wykonania. Nie za bardzo miał się jak pokazać.

Patryk Lipski (2). Nie chcemy się nad nim zbytnio pastwić, ale ciężko nam zrozumieć jak zawodowy piłkarz o niezłej (tak nam się wydawało) jakości nie potrafi oddać celnego strzału z pięciu metrów, mając przed sobą praktycznie pustą bramkę. To jest po prostu niepojęte. Mógł Patryk zostać bohaterem i zapewnić Lechii jakże niezasłużony remis, a niestety wystawił się na pośmiewisko. 

Kenny Saief - grał zbyt krótko, by go ocenić.

źródło: własne