Widzimy w PKO Ekstraklasie różne mecze. Niektóre określane mianem "paździerzu", inne emocjonujące do ostatnich minut. Są też takie, w których jeden zespół niemiłosiernie leje drugi. Zagłębie Lubin wygrało 5:0 z Wisłą Płock, Wisła Kraków z ŁKS-em 4:0, czy ŁKS z Koroną Kielce 4:1. Takiego spotkania brakuje Lechii. Żeby przy prowadzeniu 2:0 pójść za ciosem i dobić chwiejącego się na nogach przeciwnika.

Spójrzmy na mecze Lechii z tego sezonu:

3. kolejka - zwycięstwo 2:1 z Wisłą Płock. Było już 2:0, można było spokojnie grać do końcowego gwizdka, ale przez głupio sprokurowany rzut wolny Wisła strzeliła gola kontaktowego i wróciła do gry. Nie obyło się bez nerwów.

7. kolejka - zwycięstwo 2:1 z Piastem Gliwice. Podobny scenariusz. 2:0, pełna kontrola, ale zamiast wbić gwóźdź do trumny mieliśmy (kontrowersyjny) rzut karny. Piast strzelił bramkę i ponownie trzeba było drżeć o wynik.

8. kolejka - zwycięstwo 2:1 z Lechem Poznań. Dominacja Lechii nie podlegała dyskusji. Tu jednak przy prowadzeniu 2:0 Lech potrafił strzelić gola kompletnie z niczego jeszcze w pierwszej połowie. Po raz kolejny zabrakło kropki nad "i", a w ostatnich minutach tylko dzięki Dusanowi Kuciakowi trzy punkty zostały w Gdańsku.

9. kolejka - zwycięstwo 2:1 2:0 z Koroną Kielce. Tu mamy wyjątek, ale też rywal był dużo słabszy. Biało-zieloni bez większych problemów ograli Koronę, ale i tak można było pokusić się o więcej bramek.

12. kolejka - remis 2:2 z Arką Gdynia. Najnowsza historia, więc nie zamierzamy znów się nad tym spotkaniem rozwodzić. 

RECYDYWA. Do meczu w Gdyni jakoś udawało się dowozić te skromne zwycięstwa, ale wreszcie ktoś ukarał Lechię za minimalizm. Mówi się o wyciąganiu wniosków, natomiast non stop popełniany jest jeden i ten sam błąd. Drużyna czuje się zbyt pewna siebie i niepotrzebnie cofa się, jakby wiedziała, że nic nie może się jej stać. Tymczasem przeciwnik łapie kontakt (zazwyczaj po przypadkowej bramce) i kibicom podnosi się ciśnienie.

- Z boku wszystko wydaje się proste. Ciężko powiedzieć dlaczego tak się dzieje. Najlepiej by było strzelić na 3:0 i jest po meczu, ale to nie jest takie proste. Czasami sam się zastanawiam z czego wynika to, że za głęboko się cofamy. Chciałbym znać receptę. Wiadomo, czasami są takie założenia, żeby trochę pograć z kontrataku. Mamy szybkich skrzydłowych, którzy dobrze czują się w takiej sytuacji. Niekiedy już w pierwszej połowie mamy taktykę, żeby podchodzić do przeciwnika nieco niżej i wyprowadzać kontry. To nie jest tak, że podświadomie się cofamy, ale taki mamy plan na dane spotkanie - tłumaczy Maciej Gajos.

Dodajmy, że Lechia w żadnym meczu ligowym nie strzeliła w tym sezonie więcej niż dwóch bramek. - Nawet nie znałem tej statystyki. Dla mnie najważniejsze są punkty. Nie obraziłbym się, gdybyśmy przez cały sezon wygrywali po 1:0 czy 2:0 - zakończył Gajos.

źródło: własne