Piłkarze Lechii Gdańsk przegrali w Krakowie z Wisłą 0:1 i po raz pierwszy w tym sezonie spotkanie zakończyli bez zdobytej bramki. Trudno się jednak dziwić, skoro trener Lechii Bogusław Kaczmarek uparcie forsuje koncepcję gry w ataku z Grzegorzem Rasiakiem.

W czterech poprzednich spotkaniach Lechii w ekstraklasie Rasiak miał udział w tylko jednej zdobytej przez gdańszczan bramce, kiedy asystował przy golu Ricardinho z Koroną Kielce. Pozostałe bramki to - gol z rzutu wolnego Piotra Wiśniewskiego w meczu z Polonią, indywidualna akcja Abdou Razacka Traore oraz kontratak zakończony przez Łukasza Surmę w Szczecinie, a także trafienie Traore po dośrodkowaniu Mateusza Machaja w spotkaniu z Piastem. Jak na doświadczonego napastnika grającego w ekstraklasie i byłego reprezentanta Polski dorobek Rasiaka w Lechii prezentuje się więc żenująco. Mimo tego trener Lechii po raz kolejny dał szansę Rasiakowi na grę od pierwszych minut w spotkaniu z Wisłą. I po raz kolejny tą decyzją narobił więcej szkód niż pożytku.

Bo tak naprawdę Lechia w ataku zaistniała w Krakowie dopiero w drugiej części spotkania. W pierwszej, nie licząc niecelnego strzału Machaja na bramkę Siergieja Pareiki z 37. minuty (pierwszy strzał Lechii w meczu!) biało-zieloni w ataku nie pokazali dosłownie nic. I duża w tym "zasługa" właśnie Rasiaka. Przez 45 minut swojego pobytu na boisku, bo ciężko występ napastnika Lechii określić inaczej, Rasiak nie oddał ani jednego strzału na bramkę. Przegrał większość pojedynków główkowych, nie ograł obrońcy Wisły dryblingiem, ba przy większości akcji jedyną jego aktywnością było przewrócenie się na murawę przy najdelikatniejszym kontakcie z rywalem. Rasiak nie wykonał również choćby próby aktywniejszego pressingu, ograniczając się do dreptania w odległości kilkunastu metrów od defensorów "Białej Gwiazdy". Dopiero jego zejście i pojawienie się na boisku Wiśniewskiego, a także Łukasza Kacprzyckiego, który wszedł za grającego równie miernie co napastnik Lechii Deleu, rozruszało nieco atak biało-zielonych. W drugich 45 minutach gdańszczanie potrafili oddać 14 strzałów na bramkę Wisły, z czego pięć okazało się celnych. I gdyby nie rozpaczliwa momentami obrona krakowian, Lechia mogłaby ten mecz co najmniej zremisować. Trudno jednak oczekiwać korzystnego rezultatu od zespołu, który do aktywniejszej gry w ofensywie zdolny jest jedynie przez 45 minut. I paradoksalnie wtedy, kiedy na boisku nie ma już nominalnego napastnika.

Mecz z Wisłą pokazał dobitnie, że misja Kaczmarka pod hasłem przywrócenia Rasiaka do ekstraklasowego poziomu zakończyła się fiaskiem. Bo nie ma się co oszukiwać - Rasiak w Lechii lepiej grać już nie będzie. Może zdarzy mu się jakiś przyzwoity występ, może nawet uda mu się strzelić bramkę, ale mając w pamięci pięć ostatnich meczów trudno liczyć na radykalną poprawę. A wystawienie tego piłkarza w meczu przeciwko Lechowi Poznań będzie już jawnym sabotażem, mającym na celu nic innego, jak tylko osłabienie drużyny.

"Bobo" ma teraz niespełna tydzień zorganizowanie alternatywy dla Rasiaka. Wśród nominalnych napastników szerokiego wyboru nie ma, bo w kadrze ma jeszcze tylko Piotra Grzelczaka i Adama Dudę, po których można się spodziewać, że są w formie nie lepszej niż Rasiak. Najrozsądniejszym rozwiązaniem wydaje się być w tej chwili gra bez klasycznego napastnika, czyli powrót do systemu, który dobrze funkcjonował w Lechii za kadencji Tomasza Kafarskiego. Bo mając do dyspozycji takich zawodników jak Traore, Machaj, Ricardinho, Kacprzycki czy Wiśniewski biało-zieloni są w stanie strzelać gole i wygrywać mecze. Może więc zamiast trzymać się uparcie wariantu z Rasiakiem na środku ataku warto przetestować inne rozwiązania. Bo gorzej gra Lechii, patrząc z perspektywy szczególnie pierwszej połowy meczu z Wisłą, wyglądać już nie może.

Źródło: Sport.pl

O AUTORZE
Author: Piotr.Chistowski
Ostatnio napisane przez autora