Wiele można powiedzieć o Lechii, ale na pewno nie to, że jej mecze w tegorocznej edycji Pucharu Polski były nudne i mało emocjonujące. Wręcz przeciwnie - działo się sporo. I to od pierwszej rundy w Wejherowie, gdy biało-zieloni musieli odrabiać dwubramkową stratę. Identyczny comeback miał miejsce w starciu z Zagłębiem Lubin. Z kolei spotkanie z Piastem Gliwice odbyło się bez udziału publiczności (były to początki pandemii w Polsce). Wszyscy natomiast doskonale mamy w pamięci półfinałową batalię z Lechem Poznań, rozstrzygniętą dopiero po dramatycznym konkursie rzutów karnych.

Jedynym meczem bez większej historii był ten w 1/16 finału z Chełmianką Chełm. Lechia spokojnie wygrała 2:0, ani przez moment nie było ryzyka, że niżej notowany przeciwnik może sprawić niespodziankę. Pojechali, zrobili swoje, awansowali dalej. 

Do niespodzianki mogło natomiast dość 6 dni wcześniej w Wejherowie. Najgorszy zespół drugiej ligi kontra Lechia, a więc nasz reprezentant w europejskich pucharach, brązowy medalista z sezonu 2018/19. W teorii powinno być lekko, łatwo i przyjemnie, ale po raz kolejny dostaliśmy przykład, że boisko wszystko weryfikuje. Po pięciu minutach biało-zieloni przegrywali 0:2! Nie to było jednak najgorsze, bo podopieczni Piotra Stokowca w pierwszej połowie grali bardzo kiepsko i pojawiały się nawet głosy, że przygoda z Pucharem Polski może zakończyć się na samym początku. 

Na szczęście po przerwie Lechia wzięła sprawy w swoje ręce. Trener dokonał ofensywnych zmian, a jednym z bohaterów okazał się Maciej Gajos, który w cztery minuty dwukrotnie trafił do siatki, doprowadzając do wyrównania. Gdańszczanie mieli w tamtym momencie jedną myśl - za wszelką cenę wygrać w podstawowym czasie gry. Nie można było doprowadzić do dogrywki. No i w jednej z ostatnich akcji po dośrodkowaniu Rafała Wolskiego celnie główkował Flavio Paixao. W bólach, ale to Lechia awansowała dalej.

Oczywiście trzeba jeszcze wrócić do skandalicznego zachowania kibiców Gryfa w pierwszej połowie, którzy zaprezentowali oprawę, ale w pewnym momencie wymknęła się ona spod kontroli. Kibice użyli m.in. rakietnic, a jeden strzał leciał prosto w Zlatana Alomerovicia i tylko refleks bramkarza Lechii uchronił go od uszczerbku na zdrowiu. Gdańszczanie byli wściekli, momentalnie pojawiły się komentarze, że spotkanie powinno być przerwane i zakończone walkowerem na korzyść Lechii. Ostatecznie udało się uspokoić kibiców gospodarzy, a cała sytuacja chyba tylko jeszcze bardziej zmotywowała piłkarzy gdańskiego zespołu.

Do sensacji doszło natomiast 5 listopada w siedzibie PZPN. Bo oto Lechia została wylosowana jako gospodarz meczu 1/8 finału. Szok, niedowierzanie. Kibice prosili, by ich uszczypnąć, inni przecierali oczy ze zdziwienia, bo ich zespół miał zagrać mecz Pucharu Polski na własnym stadionie po raz pierwszy od blisko sześciu lat.

Rywalem było Zagłębie Lubin i dostaliśmy w zasadzie powtórkę z Wejherowa. Z tą tylko różnicą, że przeciwnik był ze zdecydowanie wyższej półki. W 27. minucie Saša Živec, w 43. minucie Damjan Bohar i do przerwy goście prowadzili 2:0, kontrolowali grę, nie dopuszczali Lechii do głosu. Po raz kolejny wydawało się, że Lechia za chwilę pożegna się z rozgrywkami.

 

 

Stał się jednak cud. Tak jak w Wejherowie udało się doprowadzić do remisu w cztery minuty, tak z Zagłębiem potrzebne były tylko dwie. Najpierw ładnym strzałem z dystansu popisał się Tomasz Makowski, w kolejnej akcji nie pomylił się Lukáš Haraslín i było 2:2. Decydującego gola zdobył w 63. minucie - no, nie zgadniecie - Flavio Paixao. Z rzutu karnego, dość miękkiego, trzeba przyznać, natomiast w Gdańsku nikogo to nie interesowało. Dostaliśmy thriller w najlepszym wydaniu. 

W kolejnej rundzie Lechia trafiła na aktualnego mistrza Polski - Piasta Gliwice. I to u siebie! No po prostu cud nad Wisłą. Najpierw przez sześć lat nie było w Gdańsku meczu o Puchar Polski, a teraz dostaliśmy dwa, runda po rundzie. Wszystko byłoby w porządku, ale niestety zanim doszło do tego spotkania, w Europie wybuchła pandemia koronawirusa. Zostały podjęte decyzje, że na stadion nie zostaną wpuszczeni kibice. Właśnie dlatego sam mecz miał swoją specyfikę. Atmosfera była iście sparingowa.

 

 

Nie przeszkodziło to jednak Lechii w odniesieniu zwycięstwa. Wynik 2:1 być może sugeruje, że był to wyrównany pojedynek, lecz to biało-zieloni byli zdecydowanie lepsi. 

Lechia wjechała do półfinału, ale na mecz z Lechem Poznań musiała czekać aż cztery miesiące. Wszystko oczywiście przez panującą m.in. w naszym kraju pandemię. Oczywiście imponująca seria dwóch kolejnych spotkań na własnym boisku dobiegła końca i z Lechem trzeba było zagrać w Poznaniu. Lechia nie była w tym meczu lepsza, co mówił na konferencji prasowej trener Stokowiec. To Lech miał przewagę w zasadzie w każdej statystyce, wydawało się, że kwestią czasu jest, kiedy gospodarze wreszcie obejmą prowadzenie. Gdańszczanie nawiązali jednak do zespołu z poprzedniego sezonu, w którym znani byli z wyrachowanej i do bólu skutecznej gry. Solidna defensywa, sporadyczne kontrataki i jeden z nich zakończył się golem Flavio Paixao (pięć meczów w tegorocznej edycji Pucharu Polski i w każdym z nich Portugalczyk wpisywał się na listę strzelców). Wprawdzie po chwili Lech doprowadził do wyrównania, ale szczęście było tego wieczora z Lechią. 

Doszło do dogrywki, potem do rzutów karnych. Kiedy z jedenastu metrów nie trafili Rafał Pietrzak i Egzon Kryeziu, Lechia była pod ścianą i czekała na egzekucję. Lech miał dwie serie jedenastek, by trafić choć raz. Wybitnie spisał się jednak Alomerović, broniąc strzały Filipa Marchwińskiego i Dani Ramireza. Następnie nad poprzeczką kopnął Kamil Jóźwiak i kibice w Poznaniu przeżyli szok. Byli pogrążeniu w smutku i rozpaczy, a obok trwała nieopisana radość drużyny Lechii.

W ten oto sposób biało-zieloni awansowali do finału Pucharu Polski, który odbędzie się już w najbliższy piątek o godz. 20 na Arenie Lublin.

źródło: własne