Raport meczowy: Lechia Gdańsk - Cartusia Kartuzy | Kolejka 21 | 2003/04 IV Liga - Gr. pomorska
2003/04 IV Liga - Gr. pomorska2003/04 IV Liga - Gr. pomorska

Lechia Gdańsk vs Cartusia Kartuzy
1 0

Więcej info

Data meczu: sobota, 03 kwiecień 2004
Godz. meczu: 18:00 h
Stadion: Stadion MOSIR w Gdańsku
Sędzia: Dariusz Borucki
 
Widzów : 3.500

Skład wyjściowy

Bramkarz
Obrońca
Pomocnik
Napastnik

Pierwszy trener

Zmiany

    Oś czasu

    Min. zmiany 71 ::<img src='/images/com_joomleague/database/events//in.png' />Robert Morka <br> <img src='/images/com_joomleague/database/events//out.png' />Jakub GronowskiGOL Min. 36 ::<img src='/images/com_joomleague/database/persons/wasicki_marek.jpg' height='40' width='40' /><br />Marek WasickiŻółta kartka Min. 0 ::<img src='/images/com_joomleague/database/persons/gronowski_jakub.jpg' height='40' width='40' /><br />Jakub Gronowski

    Wydarzenia


     Podsumowanie

    Żółta Kartka (Cartusia):

    Skowronek

    Skład (Cartusia):

    Muszka - P.Pytka, Cybulski, Skowronek (58’Małecki), Kostuch, A.Gliński, M.Pytka (82’Kaniszewski), Przybyszewski (66’Giliga), Klaman, Dempc, Fortuniak (73’Kordyl)

    Relacja (Lechia.gda.pl):

    Gol Marka Wasickiego, jedyny w całym meczu, przesądził o zwycięstwie Lechii nad Cartusią. Grający o jednakowej porze dwaj gdańscy czwartoligowcy zgodnie zainkasowali po trzy punkty, ale wciąż prezentują się niezachwycająco, czym aż prowokują Olimpię Sztum do osiągania dalszych zwycięstw i kontynuowania niespodziewanego udziału w rozgrywce o awans. Takiego zdania nie podzielili jednak szkoleniowcy występujących wczoraj na Traugutta drużyn, którzy ponad 20 lat temu wspólnie prowadzili Lechię do czołowych sukcesów w jej historii. Jastrzębowski i Grembocki wyrazili zadowolenie z postawy swoich zespołów. Pomijając wszelkie rozbieżności w ocenach, kolejny krok w kierunku ligowego tryumfu został wykonany.

    Nasuwa się skojarzenie z inaugurującym czwartoligową jesień spotkaniem z Orlętami Reda. Lechia również wygrała wówczas 1:0 i również po bramce młodzieżowca, wtedy Pawła Żuka. W obu przypadkach gra biało-zielonych nie była najszczęśliwsza, mimo że rywale przeciętni i jakby z góry nieposiadający głębszej wiary w możliwość sprawienia niespodzianki. Strach pisać dalej, bo następny przeciwnik (KP Sopot) wyciągnął wnioski i sprawił lechistom solidny łomot. Bardziej niepokojące może wydawać się jednak to, że do czwartej jesiennej kolejki Lechia potrafiła się rozkręcić, jej gra nabierała coraz większych rumieńców. Tym razem trudno zauważyć progresję.

    - "Nasi kibice są wybredni i ja to rozumiem" - oburzał się na twierdzenia o słabej grze zespołu trener gdańszczan, Jerzy Jastrzębowski. - "Ale trzeba brać pod uwagę klasę przeciwnika, a był to najlepszy z naszych dotychczasowych rywali". Kurtuazji nie brakowało także Jackowi Grembockiemu. - "Pamiętajmy, że Cartusia w ostatnich latach dwa razy była krok od awansu do trzeciej ligi. Lechia wygrała zasłużenie i wcale nie z 'ogórkami', zgodzi się pan, trenerze?" - pytał szkoleniowiec Cartusii. Jastrzębowski pokiwał głową z aprobatą. Wypada jednak zauważyć, że udanie broniący w zespole Grembockiego Marcin Muszka, jesienią w Lechii nie zagrał nawet minuty, z kolei Michał Giliga i Lech Kaniszewski, tworzący w drugiej połowie kartuski atak, już w piątej lidze nie byli w stanie wywalczyć u Jastrzębowskiego miejsca choćby na rezerwie. Można wymieniać dalej, ale wniosek będzie jeden - teza o wymagającym rywalu jest dość naciągana.

    Być może tym razem pogoda była czynnikiem, który tak rozleniwił piłkarzy. Promienie słońca pomogły w przybyciu na Traugutta licznej publiczności, ale na boisku działo się niewiele. Pierwsza groźna sytuacja miała miejsce w 14 minucie. Marek Wasicki otrzymał długie podanie przed pole karne, ale zbyt nieporadnie próbował pokonać golkipera, interweniującego błyskawicznie w miejscu zagrożenia. W 22 minucie Marcin Kaczmarek, mający jako środkowy obrońca niezłą perspektywę pola gry, wydzierał się na pół stadionu - "zacznijmy biegać!". Asystent trenera wkrótce sam ruszył do przodu, ale dopiero po pół godzinie od pierwszego gwizdka Lechia podkręciła tempo.

    Efekt przyszedł szybko. Najpierw Aleksander Cybulski prawie do własnej bramki skierował groźne dośrodkowanie z prawej flanki Macieja Kalkowskiego, później kibice oglądali serię prób uderzeń lub dośrodkowań, najczęściej blokowanych i kończących się rzutami rożnymi. W 36 minucie ten stały fragment gry dał Lechii prowadzenie. Dośrodkowywał Kalkowski, a niepokryty w polu karnym Wasicki głową pokonał Muszkę, swojego wieloletniego kompana z drużyny juniorów. Radość napastnika, któremu w lutym i marcu nawet w sparingach nie udawało się zdobyć bramki, była ogromna. Jego koledzy również okazali zadowolenie i porządnie go wyściskali.

    Druga część rozpoczęła się z kilkuminutowym opóźnieniem, gdyż w stoisku z żywnością pojawił się dym i ogień, konieczna była interwencja straży pożarnej. Oczy publiczności szybko zwróciły się jednak w kierunku boiska, gdzie akcji było co prawda więcej, ale zbyt wiele elementów szwankowało, żeby przełożyło się to na wynik spotkania. Brakowało dokładnego ostatniego dogrania, brakowało strzałów w światło bramki, brakowało przerywania indywidualnych zapędów we właściwym momencie. Notabene chyba jedynie Kalkowski jest piłkarzem, który skutecznie potrafi wziąć na siebie ciężar gry, udanie stoczyć pojedynek jeden na jeden i jeszcze zakończyć wszystko stworzeniem sytuacji. Ale egzekutor z niego żaden - z Cartusią oddał bodaj jeden strzał, w dodatku niecelny.

    Lechiści niby próbowali więc podwyższyć z lewa, prawa i środka, ale na próżno. Najbliższy był uderzający minimalnie nad poprzeczką w 56 minucie Marek Widzicki, w końcówce w Cartusii osłabła konsekwencja w tyłach, co umożliwiło gospodarzom znalezienie się parokroć w dogodnych sytuacjach. Tak jak w 80 minucie, gdy Kalkowski z Wasickim samotnie biegli od 30. metra na jedynego Muszkę, ale bramkarz gości kolejny raz znakomicie interweniował daleko od bramki. Świetnie ustawiał się też 41-letni Cybulski, wielokrotnie ze stoickim spokojem powstrzymując żywotnego "Wasika"... Przyjezdni na parę chwil potrafili pod koniec osiągnąć przewagę, ale bez większego zagrożenia dla bramki dobrze spisujących się obrońców i Piotra Opuszewicza.